Nocowaliśmy w Wołowcu w hotelu o wdzięcznej nazwie Wiktoria :) Po całym dniu wędrówki w niemiłosiernym upale prysznic i łóżko były prawdziwym wybawieniem.
Na drugi dzień w planach był Pikuj z Biłasowicy - podobno najbardziej strome podejście. Ale bolące kolano i zachowanie przewodnika niewarte komentarza skutecznie mnie zniechęciły. Zostałam z panią Teresą, która też nie miała ochoty na galop po górach i spędziłyśmy ten dzień w Husnem, gdzie reszta towarzystwa miała zejść.
Husne jest równie malownicze jak Libuchora
Ponieważ była niedziela, ludzie szli do cerkwi. Śpiew popa słychać było dość wyraźnie w całej wsi. Jak się później przekonałyśmy, to zasługa solidnych głośników :)
Podziwiam tamtejsze kobiety - chodzenie w szpilkach po tych wertepach jest nie lada sztuką!
tutaj najlepszym środkiem lokomocji jest gruzawik, autobusem pokonanie 40km zajęło nam 2 godziny
Chodziłyśmy sobie pół dnia po wsi, czasem zaczepiali nas mieszkańcy, zapraszali do siebie na mleko.
Widać, ze i tu się powoli zmienia, powstało gospodarstwo agroturystyczne jedyne, jakie spotkałyśmy
Bo na nocleg w "Prituloku" u stóp Pikuja, czyli schronisku nie można liczyć
A oto i sam Pikuj
Udało nam się wejść do cerkwi tuż po mszy
A później zrobiłyśmy sobie piknik na bardzo widokowej łące pachnącej macierzanką
Te niewinne obłoczki przemieniły się w chmury burzowe i trzeba było wracać
Na szczęście dotarłyśmy do autobusu przed ulewą, zdążyłyśmy nawet odwiedzić "magazin" :) Reszta towarzystwa nie miała szczęścia, wrócili z Pikuja kompletnie przemoczeni.
Jeszcze ostatnie spojrzenie na góry zza szyb autobusu i wracamy.
A Pikuj poczeka :)
Pozdrawiam serdecznie
Pozdrawiam serdecznie














